 |
 |
 |
Yackta
Oya
Był moim przyjacielem,
muszkarskim nauczycielem i przewodnikiem po rzekach Pomorza w latach
siedemdziesiątych. Należał do grupy pierwszych muszkarzy w powojennym
Gdańsku. Łowił pstrągi potokowe i lipienie na muchy mokre i suche
– większe numeracje z reguły stosował na pstrągi, mniejsze na lipienie.
W jego pudełku przeważały klasyczne wzory much: Greenwells Glory,
Silver Doctor, Coachman, Professor, Red Tag, Mallard&Claret
oraz May Fly
i March Brown w kilku wariantach. Nie brodził – na rzekach na których
najczęściej łowił nie było takiej potrzeby. Słupia, Łeba, Reda,
Radunia czy Wieprza mają na większości odcinków twarde brzegi i
suchą lub mokrą muchę można położyć niemal wszędzie. Szanował i
rozumiał przyrodę, pewnie i dlatego, że w młodości przez szereg
lat towarzyszył ojcu w wielogodzinnych wyprawach do lasu na polowania
oraz
nad wodą podczas wędkowania. Podarował mi muchówkę, klejonkę z wymienną
szczytówką, na którą
złowiłem swoje pierwsze pstrągi i lipienie, i którą mam do dzisiaj.
Na wspólnych wyprawach chodziłem za nim, niczym uczeń za mistrzem
i podpatrywałem go. Imponował mi jego spokój i opanowanie, płynne
ruchy
i pewność przy podbieraniu ryby, bez względu na to czy był to dorodny
kardynał czy półmetrowy pstrąg.
Zadziwił mnie nie raz, lecz podczas pewnej wyprawy na górną Słupię
szczególnie. Na niezbyt długim odcinku rzeki złowił w ciągu godziny
pięć pstrągów potokowych w przedziale 40-50 cm, podczas gdy ja zaledwie
jednego nieco ponad wymiar. Innym razem na Łebie zapiął dublet lipieni,
które w sumie miały blisko 90 cm długości. W owym czasie większość
pomorskich rzek obfitowała w ryby, a presja wędkarska czy też kłusownicza
były niewielkie. Odwiedzaliśmy wspaniałe
łowiska, które zakodowałem w pamięci, a które przeszły już do legendy.
Na Wieprzy koło Bożanki, na Słupi na wysokości Parchowa czy Łebie
w pobliżu Strzepcza, były odcinki gdzie podczas obfitych wyrójek
owadów na stu metrach rzeki ujawniało się sto pstrągów i lipieni
różnej wielkości. Wtedy myślałem, że tak będzie zawsze… Niszcząca
fala bagrowania, prostowania i grodzenia rzek oraz kłusownictwa
miała dopiero nadejść. I nadeszła. Niestety.
Choroba dopadła go nagle… Z czasem wykaraskał się z niej na tyle,
że mógł opuścić szpitalne łóżko, lecz wcześniejszej sprawności nie
odzyska
już nigdy. Nie powrócił do zawodu, musiał także odstawić muchówkę.
Niekiedy sięgał po imadełko i kręcił muchy… które potem oddawał
mnie.
Po kilku latach, któregoś czerwcowego dnia zawiozłem go nad Radunię,
na zakole rzeki, na którym wcześniej namierzyłem dużego potokowca.
Chciałem aby go złowił. Siedzieliśmy na trawie wpatrzeni w lustro
wody.
Gdy jętek zaczęło przybywać pstrągal ujawnił się kilka metrów od
brzegu. Później stanął pod powierzchnią, wystawiając płetwę grzbietową
i opychał się owadami, jakby wiedział, że nic mu nie grozi gdyż
nasze wędki stały za nami oparte o drzewo. Siedzieliśmy nieruchomo
i w milczeniu patrzeliśmy na misterium natury, do czasu aż chłodna
wieczorna mgła przerwała wyrójkę owadów.
To była nasza ostatnia wspólna wyprawa. Nie mogąc wędrować nad rzekami,
odnalazł w sobie drugą pasję.
Zafascynowany historią Kanady i losami plemion indiańskich zaczął
pisać książki dla młodzieży o tej tematyce. Przybrał pseudonim literacki
Yackta Oya
co w języku Indian kanadyjskich znaczy „Ktoś” lub „Przybysz”. Pierwszą
książkę „Fort nad Athabaską” napisał wspólnie ze Stanisławem Supłatowiczem,
znanym bardziej jako Sat Okh*. Następne: „Leśny goniec”, „Gwiazda
Mohawka”, „Złoty Potok”, oraz „Patrol NWNP zaginął” napisał już
samodzielnie. Wszystkie rozeszły się w wielotysięcznych nakładach.
Choroba zmogła go dwa lata temu. Odszedł do Krainy Wiecznych Łowów
nie ukończywszy kolejnej książki „Pierwsi odkrywcy Kanady”. Wiem,
że Tam w spokoju cyzeluje rozdziały swojej ostatniej książki, a
wieczorami
siada na brzegu Złotego Potoku i wypatruje żerujących pstrągów.
Ze swej strony postanowiłem w jakiś sposób utrwalić pamięć o tym
nietuzinkowym człowieku, pisarzu i muszkarzu. U kolegi, doświadczonego
twórcy much typu „full dress” zamówiłem muchę inspirowaną motywami
indiańskimi… I tak powstała łososiowa „Yackta Oya”. Jej autor twierdzi,
że zainspirował go tomahawk, dla mnie jest ona czymś więcej, jest
swoistym symbolem, „totemem” kryjącym w sobie lata naszej przyjaźni,
wspólne wędkarskie wyprawy, doznania i rozmowy…
Teraz, pięknie oprawiona zdobi ścianę w moim kąciku wędkarskim obok
jego muchówki Imperial ST. Croix, na którą najczęściej łowił.
*autor przetłumaczonych
na kilkanaście języków książek: „Ziemia Słonych Skał” i „Biały Mustang”.
Robert Tracz
|